en

News

  • Save this on Delicious
  • Buffer
«    1 2 3 4 5 ... 19 20    »

Sezon letnich eskapad jest już dawno za nami. Większość z nas na pewno mile go wspomina. Jednak, jak co roku, zdarzają się też i tacy, których wyjazd nie spełnił pokładanych oczekiwań. Przed nami Sylwester, dlatego by uniknąć podobnych ewentualnych nieprzyjemności postanowiłem porozmawiać z dr Markiem Janczykiem – Miejskim Rzecznikiem Konsumentów w Poznaniu, który udziela rad rozgoryczonym wycieczkowiczom.

Na co najczęściej skarżą się konsumenci?
Powodów jest wiele, można je podzielić na dwie grupy. Pierwsza z nich to rzeczywiście nierzetelne wykonanie umowy, czyli sytuacja gdy mieliśmy być zakwaterowani w innym hotelu niż jesteśmy, klimatyzacja sterowana jest odgórnie przez obsługę hotelu a powinna być obsługiwana manualnie, wycieczka się nie odbyła itd. Drugą grupą są okoliczności bardziej subiektywne. Czyli gdy spodziewaliśmy się, że meble będą nowe a nie są, pokój będzie z widokiem na morze a nie na śmietnik, lub że w okolicach hotelu będzie porządek, a biuro podróży nie gwarantowało żadnej z tych rzeczy.

Czy te nieporozumienia wynikają najczęściej z winy nierzetelnych firm czy klientów - fantastów?

Firmy nie mogą oszukiwać w folderach reklamowych, tego typu praktyki są zakazane i biura się ich wystrzegają. Oczywiście nie oznacza to, że taka ewentualność nie może mieć miejsca, jednak na szczęście rzadko się zdarza. Natomiast dużym błędem konsumentów jest podejmowanie decyzji kierujących się nie tym, co nam oferuje biuro podróży, tylko własnymi wyobrażeniami. Wyobraźmy sobie ogłoszenie o hotelu, który jest położony 20 metrów od morza. I pytanie, jak odczytamy taki komunikat? Nie ma w nim nic o odległość do plaży. Pewnie z jakiegoś powodu. Mniej dociekliwy konsument może postawić znak równości miedzy morzem a plażą wyobrażając sobie, że hotel jest doskonale usytuowany. Na miejscu okazuje się, że rzeczywiście hotel jest 20 metrów od morza, ale stoi np. na klifie a do plaży jest 1, 5 km.

Czy są jakieś szczególne okresy w roku, których dotyczą skargi?

Problem dotyczy sezonu wiosennego, kiedy to w hotelach przeprowadzane są jeszcze czasami jakieś drobne remonty.

Na koniec proszę powiedzieć, o czym powinniśmy pamiętać przed i w trakcie wyjazdu

Należy bardzo dokładnie czytać warunki umowy. W sytuacji, gdy usługa realizowana jest w sposób nienależyty, np. nie było kolacji ponieważ za wcześnie zamknięto bufet, musimy pamiętać by uzyskać na miejscu potwierdzenie takiego stanu rzeczy na piśmie od rezydenta. Miejmy również świadomość, że czas składania reklamacji jest ograniczony. Pamiętajmy też, że w turystyce nie ma odgórnej klasyfikacji hoteli, w każdym kraju standard ocenia się własną miarą, co oznacza, że hotel 4* w Egipcie nie koniecznie musi wyglądać tak samo jak hotel tej samej rangi w Europie. Opinie o hotelach i biurach podróży możemy sprawdzić w Internecie. Ale przede wszystkim, nie kupujmy wycieczki w ciemno, kierując się jedynie ceną. Ona zawsze z czegoś wynika.

Rozmawiał i zrobił zdjęcie: Krzysztof Minakowski

06-01-2010 00:00:00 ·

Tomek Cymes, student I roku medycyny na Uniwersytecie Cambridge. Chciał zostać lekarzem odkąd skończył sześć lat. Realizację marzenia rozpoczął od wyboru dobrej szkoły z dwujęzycznymi oddziałami i zdania międzynarodowej matury. Jak sam przyznaje, pociągało go wyzwanie: lekarz musi być bardzo dobrze wyszkolony, żeby ratować życie; no i musi się cały czas kształcić, żeby leczyć lepiej. To połączenie nauki z pracą, która daje bardzo konkretne wyniki.

Czy coś cię zaskoczyło na studiach?
Tak. Na przykład to, że zajęcia w prosektorium, które mnie trochę przerażały, były od razu drugie. Poza tym, wykładowcy są życzliwi, sympatyczni – kiedyś jeden z nich nawet przyniósł cukierki. A na poważnie, supervisions są miłym zaskoczeniem, co tydzień przychodzi nas troje do specjalisty od np. biochemii i dyskutujemy o ostatnich wykładach. No i pod względem posługiwania się specjalistycznym językiem nie odstaję od Brytyjczyków tak bardzo, jak myślałem.

Wydaje się, że jesteś  zadowolony z dokonanego wyboru?
Chyba tak. Wydaje mi się, że tutejszy sposób nauczania medycyny odpowiada mojemu stylowi uczenia się. Chociaż, na razie głównie dokładam szczegóły do tego, co wcześniej wiedziałem.

A czy nigdy nie wydawało ci się, że Cambridge jest nieosiągalne?
Pomysł studiowania za granicą zrodził się dopiero w drugiej klasie liceum. Wcześniej miałem świadomość, że dla studiów medycznych w ogóle, jak najlepszy start jest bardzo ważny. Zatem najpierw dużo nauki, przygotowań, olimpiad, żeby dostać się do warszawskiego liceum. Potem walka o wyniki na maturze. Jeśli chodzi o samo Cambridge, prawdę mówiąc, miałem wątpliwości odkąd złożyłem aplikację, aż do początku semestru. Takie oczekiwanie daje czas do refleksji, myślałem sobie – przecież tam idą najlepsi, gdzie ja się pcham? Czy uda mi się tak zdać maturę, żeby mnie przyjęli?

Czy oprócz dylematów natury intelektualnej były też inne, np. materialne? W końcu studia zagraniczne to ogromna inwestycja.
Zgadza się. Na szczęście rodzina okazała bardzo duże wsparcie. Chociaż i tak ostrożnie planowałem każdą wydaną złotówkę. Czasami zdarzało się, że odmówiono mi stypendium tylko dlatego, że dochód rodziny był za wysoki o kilka złotych. To utrudniało całą sprawę.

Mimo wszystko udało ci się dostać na wymarzoną uczelnię. Jakie wobec tego są twoje oczekiwania, plany?
Chciałbym zostać chirurgiem, ale nie wiem czy mi się to uda. Wybite na siatkówce palce nie są tak sprawne, jak powinny. Jeśli nie chirurgia, to neurologia albo kardiologia. Na razie chciałbym pracować w Wielkiej Brytanii, tam zdobyć doświadczenie. Potem może wrócę do Polski, ale to jeszcze odległa sprawa.

A jak się czujesz jako młody emigrant w nowym, nieznanym otoczeniu, a jednocześnie człowiek, który właśnie spełnia swoje marzenie?
Jako człowiek spełniający swoje marzenia – świetnie. Jako emigrant jeszcze trochę niepewnie, ale przyzwyczajam się. Zniknęła już prawie całkiem bariera językowa, więc jest łatwiej niż na początku. Jeśli to połączyć, to jestem szczęśliwy.

Rozmawiała Aleksandra Rusin

06-01-2010 00:00:00 ·

Od niespełna czterech lat jest aktorką teatru Piąty Wymiar działającego przy Miejskim Domu Kultury w Wołominie. Gra na scenie to dla niej wolność, zmienność, przełamywanie własnych słabości. Aleksandrze Rusin o drodze rozwoju swojej pasji opowiada Karolina Mazur.

Dlaczego aktorstwo?
Aktorstwo fascynuje mnie dlatego, że w pewnym sensie pozwala być wolnym. Wchodząc na scenę, zapomina się o bożym świecie. A adrenalina i podekscytowanie sprawiają, że to najwspanialszy zawód pod słońcem. Oprócz tego interesuje mnie zmienność, której trzeba się nauczyć i niebywała empatia, którą należy władać. Fascynują mnie również kolorowe stroje, charakteryzacja i ludzie dzięki, którym można stworzyć coś, za co dostaje się brawa na stojąco.

Brawa na stojąco znamionują sukces zespołu. Co jest twoim osobistym sukcesem? 
Dla mnie sukcesem jest sam fakt możności przebywania na scenie i pracy w gronie utalentowanych ludzi.

Czy zatem istnieje coś, co ogranicza twoją pasję?

Rzec można, że nic jej nie ogranicza, nic zewnętrznego. Jedynym ograniczeniem jestem ja sama. Moje kłopoty rodzinne, życie prywatne, kompleksy, nieumiejętność podejmowania decyzji i wewnętrzne wątpliwości.

A jakie, twoim zdaniem, problemy mogą dotyczyć osób początkujących w zawodzie aktora? Z czego mogą one wynikać?
Nie mam zielonego pojęcia. To indywidualna sprawa. Niektórzy obawiają się nowych ludzi, inni zaś wejścia na scenę, mimo że bardzo tego pragną. Ja np. na samym początku bałam się przyjść na próbę! Obawiałam się reakcji ludzi będących tam już od dłuższego czasu i tego, że się nie sprawdzę, że się skompromituję. Ale wszystkie te lęki minęły kiedy po raz pierwszy weszłam na scenę. Myślę, że początkowe  kłopoty wynikają z niewiedzy, ze strachu przed nieznanym. Z czasem jednak zaskoczenia i rozczarowania stają mniejsze, a problemy tracą na znaczeniu.

Czy jest coś, co stanowi dla ciebie problem, coś, czego nie zrobiłabyś na scenie?
Problem? Dla mnie? (śmiech) Mało jest rzeczy, których nie mogłabym zrobić. Chociaż wiem, że na pewno nie mogłabym wystąpić w sztuce, w której musiałabym uprawiać seks na scenie. Inne formy erotyzmu, nagości nie sprawiałyby mi problemu.

Jak sądzisz, które trudności związane z aktorstwem można pokonać, a których nie?

Można pokonać każde, tylko trzeba nad tym długo pracować. Myślę, że nawet ja z czasem nauczę się podejmowania decyzji i zwalczę wieczne wątpliwości i kompleksy.
 
Jak widać część barier, zwłaszcza tych, z którymi tak ciężko nam sobie poradzić, istnieje w nas samych. Na szczęście można je pokonać dzięki pracy i wytrwałości w dążeniu do celu.

06-01-2010 00:00:00 ·

fot. 123RFJeden jest najszybszy człowiek świata. Nazywa się Usain Bolt i sto metrów pokonuje w czasie 9 sekund i 58 setnych sekundy.

Jeden jest najbogatszy człowiek świata według rankingu Forbsa w 2009 roku. Jest nim Bill Gates, którego majątek szacuje się na 40 miliardów dolarów. Jedna jest najpiękniejsza kobieta świata, jeżeli tylko uznamy, że decyduje o tym posiadanie tytułu Miss World. Aktualnie jest nią Rosjanka Ksenia Suchinowa. Blond włosy, niebieskie oczy, 83-60-91. Jeden jest najinteligentniejszy człowiek świata – według danych Mensy jest to Bułgarka Daniela Simidchieva, której IQ wynosi 192. I jeszcze Joey Szczęki Chestnut. Kto to? Mistrz świata w jedzeniu hot-dogów. W 10 minut 68 sztuk – oficjalny rekord świata. Oni są naj.

A ty? Studiujesz jeden? Dwa? Trzy kierunki? Pracujesz i odbywasz praktyki. Robisz kursy językowe, informatyczne, taneczne. Biegasz na basen, siłownię, fitness. Odwiedzasz solarium i kosmetyczkę. Ćwiczysz techniki autoprezentacji. Uczysz się asertywności. Masz ambicję. Liczysz na duży apartament, szybki samochód, piękną żonę/przystojnego męża. Oczekujesz sukcesu. Wierzysz, że to ty będziesz pierwszy/pierwsza. Wierzysz, że będziesz na czele stawki. Tylko czy tam starczy miejsca?
 
Napisano, że wielu z pierwszych, jeśli nie wszyscy, będzie ostatnimi. Pomińmy to, bo po pierwsze nie jestem filozofem, a po drugie niewiele jest pierwszych miejsc, wszak jeden jedyny jest w tej chwili Usain Bolt i jeden jedyny Joey Szczęki Chestnut, więc nie warto się nimi zajmować. Dajmy też spokój miejscom ostatnim, gdyż jest ich równie mało, co tych pierwszych. Powiedzmy sobie, że najpewniejsze miejsca to te w środku peletonu. Ani zbyt nudne, ani zbyt ekscytujące. Potrzebne jak każde inne, czyli niezastąpione. Są ich miliony. Ciepłe miejscówki w środku stawki. Dla zimnych realistów i rozgorączkowanych fantastów. Bo większość z nas, mimo całej swej niezaprzeczalnej niezwykłości, jest zupełnie zwyczajna.

dominik

04-01-2010 00:00:00 ·

fot. 123RFSwą płcią mała Aleksandra sprawiła rodzicom pierwsze rozczarowanie. Czekali przecież na Aleksandra, który po ojcu odziedziczyłby nie tylko imię, ale i rodzinny biznes.

Trzecia córka – taki zawód! Jednak to był dopiero początek serii niespełnionych oczekiwań. Mała Ola nie tylko nie była chłopcem, ale wręcz drobną, chorowitą i niezbyt urodziwą dziewczynką. Z powodu anginy lub grypy często nieobecna, nie miała koleżanek w przedszkolu. W szkole z kolei nie przynosiła szczególnej dumy rodzicom. W przeciwieństwie do wzorowych sióstr, Aleksandra długo miała problemy z czytaniem, pisała z błędami, a nauka tabliczki mnożenia podobna była w jej przypadku do nauki języka chińskiego. Wkuwała, niewiele rozumiejąc, o co chodzi. Rozczarowanie zupełne. Starsze siostry kończyły prestiżowe studia, dostawały stypendia naukowe, więc Ola – według oczekiwań rodziców – też powinna dać z siebie wszystko. Liceum wybrano dla niej na przeciętnym poziomie, spodziewając się, że tutaj da sobie radę. Nie dawała. Straciła rok i przeniosła się do szkoły o jeszcze mniejszych wymaganiach. Wiedziała, że rozczarowuje rodziców, że nie spełnia ich nadziei, lecz nie była w stanie osiągnąć nic więcej. Pracę znalazła szybko. W końcu fryzjerki są wszędzie potrzebne…

Oczekiwania

Spełnione, niespełnione. Realne i nierealne. Wyrażone i niewypowiedziane. Wyolbrzymione lub zbyt małe. Wielkie wyobrażenia i ciche nadzieje. Przynoszące rozczarowanie lub wywołujące radość. Nasze oczekiwania są bez wątpienia odzwierciedleniem naszej osobowości. Człowiek poukładany, odpowiedzialny będzie miał równie solidne, i zazwyczaj realistyczne, oczekiwania. Przyjaciele powinni być sumienni jak on, nie spóźniać się i nie zwodzić. Wakacje muszą być zorganizowane a jedzenie ciepłe. Osoba o duszy artystycznej będzie miała oczekiwania abstrakcyjne lub finezyjne. Bliskie osoby powinny mieć równie bogatą jak ona wyobraźnię, powinni tworzyć, działać, a rachunki… jakie rachunki? Z kolei ludzie neurotyczni będą się wszystkiego obawiać, prognozować, że na pewno wszystko się źle skończy i stwierdzać potem: a nie mówiłem.
Oczekiwania mogą dotyczyć nieistotnych drobiazgów: mieliśmy ochotę na kotlet, a w stołówce są racuchy; mama miała zrobić kanapki z serem, a zrobiła z kiełbasą. Oczekiwania mogą dotyczyć też spraw bardzo ważnych: kupiliśmy auto i okazało się, że miało poważnie cofnięty licznik. Byliśmy pewni, że zaliczymy egzamin, a tu poprawka. Myśleliśmy, że dziś wyjdziemy ze szpitala, ale lekarz stwierdził, że nie tak szybko. Modliliśmy się, oczekując, że Bóg szybko rozwiąże nasze kłopoty, ale stało się inaczej.

Dość!

Z jednej strony niełatwym wyzwaniem są nadmierne oczekiwania innych w stosunku do nas. Rodzice chcą, byśmy ich odwiedzili, koleżanka, byśmy miały dla niej czas, bo chce pogadać o kłopotach lub wybrać się z nami na zakupy. Z drugiej strony możemy powiedzieć na przykładzie Oli, że całe nasze życie jest nieuniknioną sekwencją oczekiwań wobec kogoś lub czegoś. Co zrobić, jeśli taka sytuacja nas przytłacza? Może po prostu powiedzieć: dość! Delikatnie i miło, ale dość! Może czas pomyśleć o własnych oczekiwaniach i potrzebach. A może też warto sobie samemu powiedzieć: dość? Zmniejszyć swoje wymagania, oczekiwania wobec siebie. Zrezygnować z nadmiernego perfekcjonizmu, stałego śrubowania wymagań.
Rozczarowania
Oczekujemy od innych tego, czego od siebie a często jeszcze więcej. I rozczarowujemy się. Lecz czy to wina innych? Może raczej nasze wyobrażenia były zbyt wygórowane. Im większe oczekiwania, tym większe rozczarowanie. Jeśli pomiędzy oczekiwaniem a rzeczywistością powstaje rozbieżność, powstają emocje. Pozytywne lub negatywne. Radość, zadowolenie, bo nie było tak źle, jak się zapowiadało. Rozczarowanie, złość, a nawet wściekłość, gdy spodziewaliśmy się, że wszystko będzie dobrze, a nie jest. W tym momencie możemy mieć poczucie dyskomfortu, wewnętrznego psychologicznego napięcia, które wynika z rozbieżności pomiędzy stanem faktycznym a oczekiwaniami. To napięcie w psychologii zwane jest dysonansem poznawczym. Jest to niezwykły mechanizm, który każdy z nas zna z praktyki, bo doświadcza go prawie na każdym kroku. Im większa rozbieżność między wyobrażeniami a rzeczywistością, tym większy jest nasz dyskomfort.
Nie nastawiać się
By to nieprzyjemne napięcie zredukować, człowiek wykształcił różne mechanizmy. Niektórzy twierdzą, że lepiej się nie nastawiać, nie oczekiwać, bo wtedy człowiek się nie rozczaruje. Zapewne, bez oczekiwań nie byłoby w życiu tak wielu rozczarowań, lecz bez nich nie byłoby też w życiu tak wielu radości. Sam proces oczekiwania, tworzenia sobie obrazu kogoś lub czegoś, już jest fascynujący. Egzotyczna wycieczka, czekanie na rozstrzygnięcie konkursu, otwieranie paczki z zakupem dokonanym przez Internet. Im większe były nasze oczekiwania, tym większe może być także rozczarowanie, ale można przecież rozczarować się pozytywnie.
Innym mechanizmem jest obniżanie oczekiwań. Na pewnym etapie nasze wymagania stają się wygórowane. Na przykład chcielibyśmy, by praca była… i tu następuje lista warunków. Dopiero, gdy nie możemy znaleźć pracy przez dłuższy czas, marzymy tylko, by gdzieś się zahaczyć. Podobnie jest z listą życzeń odnośnie partnera. Szesnastolatka ma dwustronicową listę oczekiwań, lista trzydziestolatki jest już znacznie krótsza, by kilkanaście lat później zawierać tylko jedno oczekiwanie – żeby był!

Przewartościowanie

Oczekiwania mogą cieszyć, ale mogą też martwić i męczyć. Warto więc zatrzymać się chwilę i poważnie zastanowić. Przewartościować swoje oczekiwania. Może powinniśmy zacząć spodziewać się tego, czego naprawdę warto? Nie rzeczy błahych, niewartych głębszych, często niepotrzebnych emocji, a zacząć szukać tego, co naprawdę ma sens. Poszukiwanie obiektywnych informacji na temat oczekiwań nie jest proste, bo niezbyt dużo można znaleźć w tym temacie informacji, nawet na stronach dotyczących zagadnień psychologicznych. Warto zajrzeć do, być może, zakurzonej książki stojącej na naszej półce. Do Pisma Świętego. Mówi ono o naszych oczekiwaniach w wielu miejscach. Czytając je, można zauważyć, że autor – nasz stworzyciel wie, jak ważną rolę odgrywają one w naszym życiu. Bóg odpowiada na nie i nas nie zawodzi. Jedyną przyczyną tego, że do tej pory ich nie spełnił może być to, że jego oczekiwania są zupełnie inne niż nasze. Lecz – jak ktoś trafnie powiedział – gdyby Bóg był na tyle mały, byśmy mogli Go pojąć swym rozumem, to nie były dość wielki, by spełnić nasze pragnienia…

Lidia Czyż
Publikacja za zgodą „Naszych Inspiracji”

04-01-2010 00:00:00 ·

Justyna, 21 lat, pedagogika
Brat wmówił mi, że makaron spaghetti do robaki.



Pola, 22 lata, polonistyka
Byłam przekonana, że jeżeli nie schowam się przed burzą i zobaczę błyskawicę to zginę za kilka dni!
I jeszcze wierzyłam, że nadepnięcie na studzienkę kanalizacyjną przynosi pecha.


Hanna, 21 lat, germanistyka
Wierzyłam, że ciocia trzyma prawdziwego węża w pokoju. Po prostu straszyła mnie, abym tam nie wchodziła.



Michał, 24 lata, prawo
Wierzyłem, że istnieją duchy i potwory! A u babci w pokoju straszy.



Magda, 21 lat, ekonomia
Uważałam, że nie można patrzeć się w ogień, ponieważ zdenerwuje to ducha-ognia i przyjdzie do nas w nocy.



Wiola, 21 lat, rusycystyka
Moja babcia wmówiła mi, że wiatr to złe duchy. Gdy wiał silny wiatr bałam się, że mnie porwą. Jednak najgorszym moim przekonaniem było to, że pająk może wejść mi do ucha i złoży tam swoje jajeczka..!


Maciek, 24 lata, ochrona środowiska
Jak połknę pestka to wyrośnie mi jakaś roślina w środku ciała.



Michał, 22 lata, kulturoznawstwo
Wierzyłem, że gdy zrobię głupią minę i ktoś mnie w tym momencie uderzy to zostanę z taką miną do końca życia.

 

foto Marcin Rutkowski

04-01-2010 00:00:00 ·

fot. 123RFEkonomiści i psychologowie od dawna zastanawiają się, czy wzbogacanie się czyni ludzi szczęśliwymi. Oto próba odpowiedzi.

Jeśli pieniądze szczęścia nie dają… to co daje?
Psychologowie doszli do wniosku, że pieniądze wpływają na zwiększenie poczucia osobistego szczęścia tylko w przypadku, gdy wraz z poprawą statusu materialnego człowiek wychodzi z nędzy, by zasilić szeregi klasy średniej. W ankiecie dotyczącej zadowolenia z życia, w której 1 oznacza niezadowolenie z życia we wszystkich jego aspektach, a 7 – jestem w pełni zadowolony, średnia odpowiedzi amerykańskich multimilionerów wynosiła 5,8, natomiast biedaków ze slumsów Kalkuty 2,9. Jednak zanim wyciągniesz wniosek, że rzeczywiście pieniądze dają szczęście, weź pod uwagę fakt, że swój poziom szczęścia na 5,8 ocenili również Inuici z północnej Grenlandii, którzy raczej nie żyją w luksusie, oraz Masajowie z Kenii – pasterze bydła, żyjący bez elektryczności i bieżącej wody.

Czy babcia mówiła ci, że w życiu należy cenić zdrowie i przyjaciół, a nie pieniądze i rzeczy?
Nie wiem, co mówiła twoja babcia, ale psychologowie ujmują to w ten sposób: gdy zaspokojone zostają twoje podstawowe potrzeby – szczęście przestaje zależeć od dochodów, a od takich czynników jak relacje z ludźmi i zadowolenie z pracy. Inni badacze dodają do tej listy jeszcze spełnienie, poczucie sensowności życia, przynależności do jakiejś grupy społecznej oraz życie w kraju demokratycznym, przestrzegającym praw człowieka.

To ciekawe, że chociaż pieniądze szczęścia nie dają, to szczęście może dać pieniądze
Młodzi ludzie, którzy określają siebie jako szczęśliwych, zazwyczaj po latach mogą pochwalić się wyższymi dochodami niż ci, którzy mówili o sobie jako o nieszczęśliwych.  Wygląda na to, że poczucie zadowolenia wiąże się z podejmowaniem inicjatywy i kreatywną postawą, tym samym prowadzi do lepiej płatnego stanowiska pracy. Ludzie zadowoleni cieszą się też lepszym zdrowiem i częściej wchodzą w związki małżeńskie.

W takim razie po co w ogóle gonić za pieniędzmi?

Psycholog Daniel Gilbert z Uniwersytetu Harvarda powiedział, że państwa mogą się rozwijać tylko, jeśli ich obywatele będą przekonani, że bogactwo ich uszczęśliwi. Po to, by gonić za pieniędzmi, ludzie muszą wierzyć, że produkowanie i konsumpcja dóbr jest tym, czego im potrzeba do szczęścia. Jednak zgodnie z teorią ekonomii najważniejszą rzeczą, jaką możemy kupić za pieniądze, jest…

Nie poczucie zadowolenia a możliwość wyboru
Jeśli mam 20 zł mogę wybierać spośród np. 10 marek dżemów. Mając złotówkę, mogę zapomnieć o dżemie i jakichkolwiek innych luksusach. Dodatkowe pieniądze pozwalają na zaspokojenie dodatkowych potrzeb. W dzisiejszym świecie często zachcianki stają się potrzebami. Dbają o to reklamodawcy i media. Co ciekawe, badania wykazały, że satysfakcję daje wybór spomiędzy ok. 7 rodzajów dżemu, a wybranie jednego spośród np. 25 jest już przytłaczające, ponieważ pojawia się frustrująca myśl, że inny wybór na pewno byłby lepszy.

Ogórek z bitą śmietaną
Studenci, zapytani o różnice między zachciankami a potrzebami, nie maja problemu z odpowiedzią i na dodatek sypią wyrafinowanymi przykładami.

- Zachcianka to coś, bez czego mogę się obejść, np. nowy telefon, gdy stary działa. Potrzeba to coś, co jest niezbędne. Potrzeby mogą być materialne, jak np. praca, lub niematerialne, jak dobrzy przyjaciele, których nie da się kupić za żadne pieniądze, a są bezcenni.
Katarzyna Wodzikowska, 4 rok filologii polskiej

- Ile ciuchów potrzebuję? Te, które mam na sobie, plus komplet na zmianę. Ile ich mam? Nawet nie będę próbowała liczyć. Gdyby ograniczyć się tylko do potrzeb, to powinnam przestać kupować ubrania aż te, które mam, się zniszczą. Gdy mam ochotę na kolejną parę spodni, a stan portfela mi na to nie pozwala, o wiele łatwiej jest się bez nich obyć ze świadomością, że nie są mi koniecznie potrzebne do życia, że są tylko zachcianką, a nie potrzebą.
Maja Biegniewska, 1 rok pedagogiki

- Mówiąc z perspektywy biednego polskiego studenta, potrzeba to coś, bez czego nie można albo trudno żyć. Potrzebą typowego studenta jest dostać skrypt, żeby napisać wejściówkę albo materiały do nauki na egzamin. Zachcianki to raczej domena ludzi bogatszych – imprezy, alkohol, papierosy, dziewczyny...
Piotr Litwic, 3 rok mechaniki

- Zachcianka to coś, co robimy dla przyjemności. Badania potwierdzają, że przyjemności też są w życiu konieczne. Na przykład buty są potrzebne. Nawet Wojciech Cejrowski zakłada buty na specjalne okazje. To, czy siódma para trampek jest jeszcze potrzebą, czy już zachcianką, zależy od indywidualnych predyspozycji.
Liliana Wujczyk, 4 rok filologii polskiej

- Różnica między zachcianką a potrzebą jest w zasadzie niewielka. Potrzeba istnieje wtedy, gdy nie możemy się bez pożądanej rzeczy albo sytuacji obejść. Zachcianka poprawia nam humor. Nasze życie staje się ciekawsze i bardziej kolorowe przez spełnianie zachcianek. Przykładem potrzeby jest zdobycie materiałów na koło z chemii organicznej, zachcianka zaś to kupienie żółtego melona.
Ola Hnatów, 2 rok technologii ochrony środowiska

- Zachciankę masz teraz, a potrzebę będziesz mieć w przyszłości. Teraz chcesz sobie kupić kawę czy ciastko – to jest zachcianka, a potrzebą może być samochód – coś, co kupisz w przyszłości.
Tomasz Kuchta, 2 rok chemii MSU

- Zachcianka to moje widzimisię, a potrzeba to coś, bez czego nie mogę żyć tak, jak chcę. Zachcianką może być ogórek z bitą śmietaną, a potrzebą jest codzienny obiad.
Kamila Brodzik, 4 rok filologii polskiej

- Zachcianka to może być coś, co sprawiłoby mi przyjemność, ale mogę się bez tego obyć. Np. ktoś kształci się, żeby mieć kwalifikacje do dalszej pracy, idzie na praktyki, żeby ją łatwiej znaleźć. Na moich studiach praktyk nie ma, więc w sumie studia są zachcianką. Koniecznością jest angażowanie się w różne akcje i picie piwa z ludźmi wielkiego świata, którzy już zdobyli pieniądze lub pozycję.
Jakub Kupracz, 4 rok slawistyki

Nikt z nas nie wyobraża sobie życia bez pieniędzy
Istnieje określenie w języku polskim: pozostać zupełnie bez środków do życia, z którego wynika, że pieniądze są czymś po prostu niezbędnym. Wygląda na to, że rzeczywiście chodzi tu o dokonanie mądrego wyboru. Znane są słowa, że nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie kochał; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie.  Tylko jak to zrobić?

Natalia Balcer
na podstawie: Sharon Begley, Why Money Doesn’t Buy Happiness, Newsweek Web Exclusive, 5.10.2007.

04-01-2010 00:00:00 ·

fot. 123RFKolejny dzień z rzędu tuszujesz pozostałości po wczorajszej imprezie, przerzucasz stertę brudnych ciuchów z kąta w kąt. Bez kawy i komórki ani rusz. Znowu podnosisz z ziemi kalendarz, gorączkowo sprawdzając plan dnia. Drugą ręką zagryzasz suchą bułkę. Po dziesięciominutowym szukaniu kluczy jesteś w końcu gotów stoczyć bój z nieprzychylną rzeczywistością.

Wydłużyć dobę
Ciągle powtarzasz w myślach, że to najwyższy czas, aby zacząć żyć zdrowo. Pozbyć się stresu, hałasu, resztek z lodówki i śmieci z torebki. Ciężki dzień zmywasz z siebie prysznicem, dajesz sobie chwilę relaksu przed monitorem. Na co nie potrafisz znaleźć czasu?
Chciałbym w końcu móc w spokoju przejrzeć poranną gazetę, pogadać z kumplem z podstawówki i odsłuchać płyty, już od miesięcy polecanej przez znajomą – skarży się Adam, student biotechnologii.  Marzę o tym, aby pojechać w góry, zaszyć się gdzieś z paroma znajomymi, pooglądać zdjęcia z dzieciństwa i zabrać ze sobą wszystkie zakurzone książki – dodaje jego dziewczyna Ania.
Każdy z nas mógłby wymienić to, na co nie może sobie pozwolić, biegając z uczelni do pracy, studiując na dwóch kierunkach, szukając czasu na hobby i życie prywatne. Kiedyś miałeś na to wszystko czas. Ot tak. Po ludzku. Dlaczego teraz nic z tego nie wychodzi? Czy wina leży po twojej stronie, czy może to świat biegnie za szybko, nie oglądając się na to, czy zdążysz tak po prostu posiedzieć i popatrzeć przez okno? Czy może to kwestia tego, że nie potrafisz odpoczywać, a wolny czas złośliwie ucieka?

Czy więcej znaczy lepiej?
Jesteś zalany potokiem informacji, nieustannych wyborów, właściwie nic nieznaczących, a jednak wprowadzających olbrzymi chaos. Bo jak tu wybrać TEN JEDYNY spośród setki malinowych jogurtów? Wszystkie decyzje dotyczące poważnych czy błahych spraw są przypadkowe. Podejmowane bez refleksji.

Nieważne jak długo się zastanawiam, na wszystko decyduję się w ostatniej chwili – skarży się Monika. Jakiekolwiek wybory już dawno przestały zaprzątać mi głowę. Mam nadzieję, że wszystko samo się jakoś potoczy – mówi jej kolega z grupy.
Czy czujemy, że coś tracimy przez takie podejście? Czy jest to już normalnością, kwestią przyzwyczajenia? Niektórzy z nas, oczarowani filozofią carpe diem, starają się wycisnąć z życia jak najwięcej, jak najwięcej przeżyć, by móc usnąć z myślą, że wypełnili wszystkie obowiązki zapisane w kalendarzu. Inni beztrosko żyją w swoim małym świecie, oczekując relaksu i zabawy, bez zobowiązań i bez poczucia nudy, w zamian za brak czasu.

Wiem, że mogłabym inaczej, lepiej planować sobie czas, zamiast organizować bezsensowne wypady na miasto, ściągać wszystkie możliwe seriale z sieci, czy trzy razy w tygodniu sprawdzać stan asortymentu w galerii – wyznaje Asia, studentka politologii. – Ale nie wiem kiedy znalazłabym na to dodatkowy czas. Nie umiałabym zrezygnować z tych rozrywek – dodaje.

Zaplanuj, zacznij i dokończ!
Zastanawia, czy całe to stwierdzenie nie jest czasem wierutnym kłamstwem na potrzeby samousprawiedliwienia – usprawiedliwienia lenistwa. W czasach kiedy wszystko jest do zdobycia, wystarczy tylko trochę wysiłku, przestaje to być wyzwaniem, gdyż staje się zbyt łatwe. Tylko poświęcając czemuś wiele czasu, zaangażowania i pracy jesteśmy w stanie to docenić, dlatego to, co przychodzi nam z łatwością, po prostu traci na wartości. Przyzwyczailiśmy się mieć wszystko od razu, jak hamburgera z przydrożnej budki. Cierpliwe czekanie to dziś rzadkość. Problem powstaje jednak, gdy osiągnięcie naszego celu wymaga czasu. Wytrwałości.
Widzę, że coraz więcej młodych ludzi ma słomiany zapał. Na początku każdego przedsięwzięcia mają dużo chęci, pomysłów, które ulatniają się, kiedy tylko trzeba temu poświęcić więcej uwagi – zauważa wykładowca socjologii na Uniwersytecie Gdańskim. – Kiedyś doprowadzaliśmy każdą ideę do końca. Uporczywe dążenie zawsze się opłacało – wspomina.

I co teraz?
Prawdą jest to, że w dobie globalizacji i kultury ad hoc, wycieczek last minute, oferty granie na czekanie, fotografii w godzinę, zupek chińskich i dań w 5 minut, spóźniający się autobus jest poważnym odchyleniem od normy. Chciałoby się rzec: takie czasy. I pewnie jest to prawda. Współczesny człowiek w jakiejkolwiek innej epoce czułby się co najmniej nieswojo, pragnąc jakiejś stymulacji, pobudzenia i przyciągnięcia jego uwagi. A ta stała się narzędziem, o które wszyscy walczą. Ciągle odwracana od tego, co naprawdę musisz zrobić. Media, ruch uliczny i tłum są złodziejami twojego czasu. Dźwięk budzika to dla ciebie sygnał, że dzisiejszy dzień jest kolejnym, w którym musisz zadziałać zgodnie z planem. Może lepiej nie czekać, aż twój organizm da ci znać, że żyjesz za szybko, za gorączkowo. Warto w końcu zejść z karuzeli. Sęk w tym, by się udało. Aby nic ci nie wypadło. Aby telefon przestał dzwonić. Abyś wyłączył komunikator internetowy, you tube, zaparzył filiżankę zielonej herbaty i pomyślał przez chwilę, czy warto tak gonić. Ja sądzę, że nie. Wiem, że wyjdzie ci to na zdrowie. Podobnie jak herbata.

Ola Suty

04-01-2010 00:00:00 ·

foto Radek PolakGdyby przeprowadzić wybory na najpopularniejszego perkusistę w kraju jestem pewien, że wygrałby on - Jarosław Polak, znany szerzej jako Sidney Polak. Bębniarz legendarnego T.Love i wokalista własnego zespołu założonego na początku 2004 roku. O czasach zamierzchłych, teraźniejszych i przyszłych opowie nam on sam.

Twoja najnowsza płyta nosi tytuł Cyfrowy styl życia. Chciałbym jednak wrócić do czasów analogowych. Aktualnie mówią na Ciebie Sidney, lecz jakie przydomki miałeś wcześniej, w okresie licealnym, studenckim?
Na Chomiczówce nie pamiętam jak na mnie mówili, chyba Polak po prostu. Wśród muzyków przez długi czas nazywali mnie Młody. Miałem 18 lat, kiedy zacząłem grać w T.Love i wszyscy byli ode mnie dużo starsi. Później ta ksywa się zmieniła w Wujka. Przestałem być młody - zostałem grubym staruchem (śmiech). Teraz mówią mi Polak albo Sidney, chociaż to drugie używane jest przez ludzi, którzy mnie tak dobrze nie znają.

Wspomniałeś o twoich początkach w T.Love. Będąc jeszcze w liceum trafił Ci się angaż w pierwszoligowym zespole rock’n’rollowym. To niecodzienna sytuacja, musiałeś czuć się dzieckiem szczęścia.
Czułem się jakbym złapał Pana Boga za nogi. Gdy zaczynałem tam grać, na początku lat 90., to zespół ten był oczywiście znany, ale nie miał jeszcze pozycji ikony, jak ma to miejsce teraz. Działo się to przed wielkimi hitami typu Warszawa, czy King. Renoma T.Love zbudowała się przez ostatnie 20 lat, a ja poniekąd byłem świadkiem tego.

W wieku 18 lat jest się ciągle trochę dzieciakiem, szczególnie w oczach starszych ludzi. Musiało być trudno przekonać do siebie 10 lat starszego Muńka, by wziął do składu takiego młodziaka.
To nie Muniek wynalazł mnie do zespołu, a Janek Benedek [były gitarzysta T.Love – przyp. K.Ł], który jest ode mnie starszy o 4 lata. Miałem z nim kontakt nie tylko muzyczny. Z moim licealnym zespołem Cytadela zdarzało się grywać próby w domu Janka, gdzie on też dżemował. W ten sposób poznaliśmy się i w końcu on zaangażował mnie do zespołu spośród kręgu osób, które znał.

Równocześnie z tym byłeś nadal uczniem. Jak znajomi z klasy reagowali na kolegę robiącego zawrotną karierę rock’n’rollową?
Granie w T.Love zaczynałem w klasie maturalnej. Moja szkoła była specyficzna. Uczęszczało do niej mało ludzi, ale każdy coś tam tworzył. Jeden grał w filmie, drugi w serialu, trzeci jeździł do Puszczy Białowieskiej i niedługo potem pisał o tym artykuły do Gazety Wyborczej. Tam po prostu wszyscy coś robili, przez co nie byłem jedynym człowiekiem, który mógłby zaimponować komuś tym, czym się zajmuję.

Gdybyś miał porównać publikę, która przychodzi na koncerty dzisiaj i tę która przychodziła 20 lat temu, to co byś zaobserwował?
Dwadzieścia lat to jest mniej więcej tyle ile trwa jedno pokolenie. To nowe nie jest skażone tą niewolą, czasami komunizmu, pewnego typu izolacją. Z drugiej strony tamto pokolenie nie było skażone takim ogólnym konsumpcjonizmem, który jest charakterystyczny dla czasów teraźniejszych. Wydaje mi się, że dla tamtych ludzi muzyka była czymś zdecydowanie ważniejszym. Nie mam tu na myśli konkretnych kapel, ale muzykę ogólnie. Słuchanie muzyki mocniej określało ciebie, poza tym było w tzw. dobrym tonie.

Z tego, co mówisz można wyciągnąć prosty wniosek, iż dzisiaj, w dobie przepychu i przesytu wszystkim, o wiele trudniej niż przedtem zainteresować odbiorcę swoją sztuką. Pomimo tego, tobie się to udaje. Pytanie nasuwa się samo: jak to robisz?
Trudno mi na to pytanie odpowiedź. Staram się po prostu robić piosenki najlepiej jak potrafię. Ponoć mój głos i tembr głosu podoba się młodym ludziom, generalnie nawet dzieciom. Ktoś mi ostatnio powiedział, że moje numery mają w sobie pewnego rodzaju teatralność, może to dzięki temu. Podkład jest czasami rock’n’rollowy, czasami hip-hopowy, ale sposób narracji prowadzony jest taki, jakby piosenka była jakimś aktem, kawałem sztuki teatralnej.

Styl życia ludzi na początku XXI wieku nazwałeś cyfrowym. Masz jakieś wyobrażenie, jak będzie wyglądać styl życia za kolejne kilkadziesiąt lat?
Myślę, że nadal będzie cyfrowy. Kiedyś trzeba było książkę fizycznie napisać na maszynie albo ręcznie, ktoś to później musiał przepisać, ułożyć, oprawić. Dopiero efektem takiej pracy była normalna książka. Ze wszystkim było podobnie. Dzisiaj każde dzieło popkulturowe można zawrzeć na flashu, przepływ informacji jest bardzo prosty i szybki. Są zagrożenia i korzyści związane z tą sytuacją, ale już nie ma odwrotu. Nie jest też tak, że nowe środki przekazu eliminują stare, tylko powodują ich zwielokrotnienie. Za 200 lat ludzie nadal będą czytać papierowe książki, to nie ulega wątpliwości. Przepowiadano już upadek kina, gdy wynaleziono magnetowidy domowe i nic z tego nie wszyło.

Kamil Łukasiewicz

04-01-2010 00:00:00 ·

fot. 123RFZnajomemu mojego kolegi przytrafiło się coś niesamowitego…

Był zimny, wietrzny wieczór. Dziewczyna jechała samochodem. Nagle na środku drogi ujrzała dziwny, wypchany worek. Musiała zatrzymać auto, wysiąść i usunąć przeszkodę z jezdni. Było już zupełnie ciemno. Ruszyła w dalszą drogę. Gdy już opuściła przedmieścia, zorientowała się, że niedługo skończy się jej paliwo. Chwilę potem zauważyła stację benzynową i zjechała z drogi. Miejsce nie zachęcało, bo co mógł oferować mały, obskurny, słabo oświetlony sklepik i pracownik stacji, zapewne po kilku głębszych. Cóż było robić. Dziewczyna zatankowała paliwo, wręczyła pracownikowi stacji kartę kredytową. Mężczyzna chwiejąc się stwierdził, że dla dopełnienia transakcji musi pójść z nim do sklepiku. Weszli do środka. Natychmiast za jej plecami dał się słyszeć odgłos zamykanych drzwi. Dziewczyna wpadła w panikę, nie pozwoliła dojść do głosu pracownikowi stacji, wybiegła przez tylne drzwi i szybko odpaliła silnik. Ruszyła z piskiem opon. Mogła odetchnąć… Spojrzała w lusterko. Kątem oka dojrzała kpiący uśmiech skrywającego się na tylnym siedzeniu samochodu mężczyzny. I lśniący nóż, szybko zbliżający się do jej gardła...

Niemalże każdy z nas słyszał kiedyś podobne opowiadanie, realistyczne, czasem aż do bólu, zazwyczaj trzymające w napięciu, o dość szokującym zakończeniu. Taka właśnie jest legenda miejska. Przekazuje się ją dalej, krąży w obrębie dzielnicy, miasta, kraju. Każde miasto ma swoje unikatowe legendy, ale są i takie, które można uznać za uniwersalne oraz ponadczasowe. Na początku legenda miejska porusza odbiorcę, który wierzy w nią z całego serca. Później opowiadanie zmienia swoją formę, a nawet treść, urastając do całkowicie nieprawdziwej, a niekiedy śmiesznej opowiastki.
Skąd się wzięła? Z ludzkiej natury, która pragnie niezwykłości w swej szarej egzystencji. Jest tworem wywodzącym się z legendy wiejskiej, która razem z ludem przeniosła się do miast. Typowym przykładem takiej  miejskiej, związanej z określonym miejscem, jest historia o białych aligatorach, które zamieszkują systemy kanalizacyjne Nowego Jorku. Kolejny sztandarowy przykład to opisana wyżej historia zabójcy na tylnym siedzeniu samochodu. Nie można zapominać też o słynnej legendzie PRL-u, czyli porywającej dzieci czarnej wołdze. Co ciekawe, opowiadania o UFO, Yeti oraz Wielkiej Stopie, również są zaliczane w poczet legend miejskich.

A oto kilka ciekawych legend, które na pewno znacie lub słyszeliście nieco zmienione ich formy.
Legenda o trupim jadzie opowiada historię panny młodej, która kupiwszy suknię ślubną z komisu, umarła na swoim weselu. Jak się okazuje, suknię tę sprzedał grabarz, wcześniej ściągając ją z innej zmarłej.
Diabeł na potańcówce - legenda prawie zapomniana, popularna raczej wśród naszych babć i w zasadzie tylko od nich można ją jeszcze usłyszeć.  Opowiada o tym, jak to na wiejskiej zabawie dziewczyna poznała atrakcyjnego chłopca z bródką, lecz w pewnej chwili spostrzegła, iż zamiast butów ów tancerz ma kopyta.
Legenda Krwawej Mary - uważaj, bo jeśli staniesz przed lustrem, obrócisz się siedem razy przez lewe ramię i powtórzysz siedem razy „krwawa Mary”, zostaniesz ukarany przez rozgniewanego ducha.
Psi stróż - pewna pani mieszkała samotnie wielkim domu, mając za towarzysza jedynie psa. Zawsze przez zaśnięciem spuszczała rękę z łóżka, a pies ją lizał. Pewnego wieczoru wiatr smagał okna, nadciągnęła burza. Babcia swym zwyczajem spuściła rękę, a gdy ta została polizana, zapadła w sen. Kiedy zbudziła się rankiem, w łazience znalazła martwego psa, a na ścianie widniał krwawy napis: „Nie tylko psy umieją lizać”. Staruszka zmarła na zawał serca.

Ola Hnatów

04-01-2010 00:00:00 ·
«    1 2 3 4 5 ... 19 20    »
  • Save this on Delicious
  • Buffer

News

Coarse words and new thinking

As is often pointed out, coarse or profane language usually represents an outburst of emotion, not careful reason. The president of the United States recently used coarse language while discussing im

Spy suspect s arrest: What motivates turncoats?

Recommended: How much do you know about China? As for geopolitics, the US is now aware that China has developed a full spectrum intelligence capability. “I don’t think this should be seen as someth

The U.S. Has Cut Half of Its Aid to Palestinian Refugees Pending U.N. Reform

The U.S. is the largest donor to the agency that supports millions of Palestinian refugees

Science Says: That Michigan meteor could have been meatier

Science Says: That Michigan meteor could have been meatier

Despite tragic blaze, New York s fire fatalities are sharply down

Just one year ago, New York City officials were celebrating the lowest number of fire fatalities the city had ever seen in over 100 years. It was the largest number of fatalities in a single fire in

States make headway on opioid abuse

In Massachusetts and Rhode Island partial year estimates for 2017 show drops of 10 percent and 9 percent respectively in overdose deaths. Massachusetts was the first of what are now many states that

Watch today’s SpaceX launch live right here at 12:30 PM

SpaceX might have some seriously grand plans for the near future of its rocket program, but until the world s most powerful rocket is ready to head skyward, it s business as usual at the commercial

Palatine boy scouts send science experiment into space via SpaceX rocket

A SpaceX rocket that launched Monday toward the International Space Station is carrying an experiment from a boy scouts troop in Palatine.

Adsense

Loading...
Oxwall: 1.8.4 (10800) Page: 0.085s | 2.00 MBMB Request: NEWS_CTRL_News::index Components: 16 Events: 183 Database: 102qrs | 0.025s CLEAR CACHE